Cześć Wyspiarze!
Najpierw dziękuję za odpowiedź.
Właśnie pod koniec 2005 roku podpisałem umowę Riesterowską, czyli w okresie całego szumu wokół tej formy inwestowania, która była uważana za obowiązkową dla każdego pracownika, który nie chciał usłyszeć zarzutu, że nie robi nic dla swojego funduszu emerytalnego. Im szybciej się podpisało, tym lepsze warunki - tak brzmiał ogólny ton w mediach.
Jednakże nie uważam siebie za osobę, która preferuje inwestycje długoterminowe (nic dłuższego niż pięć lat). Ponadto wolałbym mieć dostęp do mojego kapitału i dysponować nim według własnego uznania, niż otrzymywać go później w postaci drobnych miesięcznych kwot.
Poza tym koszty (zarządzanie, zawarcie, dystrybucja, koszty jednostkowe itp.) są wyższe niż dopłaty. Zatem dopłaty trafiają do ubezpieczyciela. Przynajmniej w ciągu pierwszych pięciu lat, ale potem również jest pobierany spory kawałek. Jest to niemal tak, jakbym przy zaciąganiu
kredytu bankowego musiał również płacić prowizje bankowi, zamiast otrzymywać od niego odsetki. Uważam, że firma ubezpieczeniowa w końcu korzysta z moich pieniędzy i państwa, zarabiając na nich jeszcze więcej.
Czy te powody są zasadne, to już inna sprawa. Mimo wszystko zastanawiam się jeszcze raz, czy faktycznie jest dla mnie sensowne zerwanie umowy czy nie.
Pozdrowienia
Wujek Hotte