Cześć,
uważam, że wprowadzenie wspólnej
waluty dla tak wielu milionów obywateli różnych pochodzeń to ogromny, ogromny krok w kierunku wspólnej Europy, jaki zrobili Europejczycy. Niestety okazał się on zbyt duży i teraz wszyscy za to płacimy.
Grecy, Portugalczycy, Hiszpanie, Włosi itd. nie mogą już dewaluować swoich walut i popadają w ubóstwo, silne gospodarczo kraje, czyli Niemcy, są hamowane w międzynarodowej konkurencji (edukacja, badania, podatki & gospodarka & sprawy społeczne), ponieważ muszą płacić za długi obcych krajów i nadal je spłacać.
Całe te stracone środki nigdy już nie zostaną odzyskane. Podobnie Niemcy nie będą w stanie spłacić swoich własnych długów, mimo że każdy nowy rząd obiecuje to nieprzerwanie od 1949 roku - a teraz długi te wynoszą oficjalnie 2 biliony (czyli 4 biliony marek niemieckich).
Spójrzmy prawdzie w oczy: cała STREFA
euro w końcu zbankrutuje. Albo też spróbuje poradzić sobie z długami poprzez inflację, czyli drukowanie pieniędzy, co obecnie wydaje się być jedyną opcją.
Czy wzrost gospodarczy mógłby być rozwiązaniem, pokazuje przykład Grecji:
Aby Grecja miała zrównoważony budżet, czyli nie potrzebowałaby więcej długów ani pakietów ratunkowych od reszty Europy, potrzebowałaby co roku około 7% wzrostu gospodarczego. Dla warunków greckich to absolutnie niemożliwe! Ale poprzez własną walutę, którą można dewaluować oraz umorzenie długów (bankructwo), Grecja mogłaby stać się krajem rozwijającym się i ponownie nadrabiać pod względem gospodarczym.
Dlatego wielu ekspertów zakłada, że Grecja wystąpi z
euro w przyszłym roku. Sądzę, że to zależy od tego, jak dalej Merkel będzie upierała się w kwestii braku dalszych funduszy bez reform; a to jest trudne do oszacowania.
Czy teraz reformy będą wprowadzane w Grecji przez nowy rząd, jest również trudne do oceny. Tutaj również raczej zakłada się, że będzie to nie.
Czy Niemcy wyjdą z pułapki długów poprzez wzrost gospodarczy, jest również wątpliwe, ponieważ każdy rząd już to próbował (zadłużanie się, aby pobudzić gospodarkę, co prowadzi do większych wpływów z podatków, które z kolei spłacają długi -> perpetuum mobile).
Więc opcje są jasne:
Albo drukujemy pieniądze dopóki ceny nie wystrzelą w górę. Wtedy zmuszeni będziemy do znacznego podniesienia stóp procentowych przez Europejski Bank Centralny (EBC), aby zmniejszyć inflację, co jednak znacząco podrożyłoby obsługę kapitału zadłużonych krajów i doprowadziłoby je do bankructwa.
Albo stawka polityków się sprawdza, że w okresie pomiędzy drukowaniem pieniędzy a znaczącym zwrotem stóp procentowych EBC, kraje niewypłacalne (Portugalia, Irlandia, Włochy, [Grecja], Hiszpania) się ustabilizują i będą w stanie poradzić sobie z obsługą długu nawet przy wyższych stopach procentowych samodzielnie, bez większej pomocy.
Jeśli zakład się nie sprawdzi, to najprawdopodobniej koniec z
euro, ponieważ unia
euro bez krajów peryferyjnych nosiłaby znamiona wykluczenia, co podważyłoby zbliżanie polityczne. Ale oczywiście można to zmiękczyć politycznie, np. poprzez kolejne miliardy na pomoc odbudowy i gospodarczą, co nasi politycy chętnie zrobią, gdyby mieli miliardy.
Możemy mieć nadzieję, że na końcu nie spadnie cała wina za katastrofę
euro na nas Niemców, pod pretekstem: Niemcy są współtwórcami
euro, skorzystali na tym, są najpotężniejszym gospodarczo krajem w Europie i zbyt mało wkładają w ratunek dla
euro.
Jeśli tak by się stało, to cała nieudana pomoc dla
euro lub wprowadzenie go spowodowałyby tylko nieufność i wrogość w Europie, zamiast, jak zawsze się mówi, przynosić dobrobyt w Europie.
Ale nawet nasza silna Niemcy nie może ratować Europy sama. Nadchodzące lata będą chyba latami przeznaczenia dla narodów.
Pozdrowienia
Ps.: ten tekst to moja wyłącznie osobista opinia.