euro ma sens tylko wtedy, gdy wszyscy uczestnicy przestrzegaliby zasad gry.
W Stanach Zjednoczonych istnieje również ogromna różnica gospodarcza. Jednak każdy stan wie, co się stanie, gdy gospodarka nie jest prowadzona właściwie: po prostu się zbankrutuje, nikt nie pomoże. Na przykład Kalifornia już kilkakrotnie zbankrutowała.
Różnice można wyrównać poprzez różne poziomy cen. To działało świetnie na przykład wewnątrz RFN: porównaj ceny w Monachium (wysokie) z cenami na przykład w Jenie (niskie).
W Grecji ceny po wprowadzeniu
euro po prostu nadal rosły, tak jak za czasów drachmy. Tak, jakby nikt nie zauważył wprowadzenia
euro. Nazywam to inflacją przyzwyczajeniową: uczestnicy rynku po prostu mieli w zwyczaju podnoszenie cen co 2 miesiące. Bez
euro było to równoważone poprzez ciągły spadek kursu wymiany.
Nadeszło
euro, wzrosty cen kontynuowano bez zwiększenia produktywności, rezultat: całkowita niekonkurencyjność (brak kompensacji poprzez zmiany kursu wymiany).
W idealnym przypadku Grecja musiałaby obniżyć wszystkie ceny, płace i bilanse o określony %. a następnie podnosić je tylko w ramach wzrostu produktywności. (Oczywiście w praktyce jest to niemożliwe).
Grecja została wymieniona jedynie jako przykład - to samo dotyczy oczywiście wszystkich oficjalnych państw uczestniczących w
euro...
Przykładem przeciwnym jest Czarnogóra: wprowadziła jednostronnie i nieoficjalnie
euro. Odpowiednio prowadzi tam się poważnie gospodarkę, ponieważ w razie bankructwa nikt by nie pomógł.
Podobnie jest w mniejszym stopniu w przypadku Bułgarii, Kosowa lub Bośni i Hercegowiny: ich
waluty są powiązane z
euro. Nadmierne zagospodarowanie spowodowałoby w każdym przypadku zerwanie tego powiązania.